Ks. Stanisław Mac: Jestem szczęśliwym księdzem!

„Jestem szczęśliwym księdzem!”- mówił ks. Stanisław Mac z okazji jubileuszu 50-lecia kapłaństwa w 2010 r. W bieżącym roku, z okazji 60-lecia kapłaństwa, powtórzył tamto wyznanie: „…mimo różnych ograniczeń ciała, bo i pamięć czasem zawodzi i nie brakuje dolegliwości, jestem szczęśliwym, starym księdzem”. Poniżej prezentujemy dwa wywiady przeprowadzone ze zmarłym 1 listopada 2020 r. ks. infułatem Stanisławem Macem. Pierwsza rozmowa została przeprowadzona w maju 2010 r., druga – w czerwcu 2020 r.

„Jestem szczęśliwym księdzem”. Zapis rozmowy z ks. infułatem Stanisławem Macem przeprowadzonej w maju 2010 r.

– Pięćdziesiąt lat temu, 12 czerwca 1960 r., podczas Litanii do Wszystkich Świętych leżał Ksiądz Infułat na posadzce Katedry w Przemyślu jako kandydat do święceń kapłańskich. Czy pamięta Ksiądz tamtą chwilę, myśli, uczucia?

– Szczerze powiem, że nie bardzo pamiętam. Wiem, że święcenia były w niedzielę o godz. 7.00. W tamtych czasie nie celebrowano wielkich uroczystości w związku z święceniami. Po Mszy św. spotkaliśmy się na chwilę z biskupem Franciszkiem Bardą, który udzielił nam święceń, a następnie z rodzicami i rodzeństwem w ogrodzie seminaryjnym. Za to dokładnie pamiętam rekolekcje przygotowujące do święceń. To nie był oczywiście czas decyzji, czy iść do kapłaństwa czy nie, ale tak jakbym w jednej chwili zobaczył wszystko co wiąże się z posługą kapłana. Wzbudziło to we mnie z jednej strony zachwyt, ale też i trwogę.

– Kiedy zatem najintensywniej myślał Ksiądz Infułat o powołaniu? Kiedy podjął decyzję o kapłaństwie?

– Oczywiście decyzja o pójściu do seminarium nie jest jeszcze decyzją o kapłaństwie, ale poważnie na ten temat zacząłem myśleć w klasie maturalnej liceum w Jarosławiu. Klimat rodzinny sprzyjał takim rozważaniom. Tato czasem tak mówił: „Dobrze jakbyś poszedł na księdza, brat do wojska, a siostra na nauczycielkę”. Przed maturą nasz katecheta, ks. Stanisław Mierzwa, doktor filozofii i teologii, zapytał mnie: „Stasiu, czy ty byś nie poszedł do seminarium?” Nic nie odpowiedziałem, ale tak mi to pytanie nie dawało spokoju. Dlaczego akurat mnie zapytał? Po maturze, którą zdałem bardzo dobrze, wycofałem dokumenty z innego kierunku studiów i poszedłem do Seminarium Duchownego w Przemyślu. W podjęciu wewnętrznej decyzji zaraz na początku bardzo pomógł mi ojciec duchowny ks. Jan Jakubczyk. Po szczerej rozmowie zapytałem go czy mam tu zostać czy nie. Ksiądz Jakubczyk, który zawsze rzeczowo i perfekcyjnie odpowiadał na pytania, powiedział krótko: „W seminarium zostań, powołanie masz, pracuj i módl się, abyś go nie utracił”. To było dla mnie znaczące. Później już nigdy nie miałem wątpliwości co do obranej drogi.

– Ostatnie trzy lata studiów seminaryjnych Księdza pokrywały się z rozpoczętą w 1957 r. przez kardynała Wyszyńskiego Wielką Nowenną przed Milenium Chrztu Polski. Przygotowania te były dla ówczesnych władz PRL pretekstem do walki z Kościołem. Czy echa tej konfrontacji docierały do seminarium?

– To nie były echa, ale regularne działania, które dla nas kleryków sprowadzały się najczęściej do przesłuchań przy różnych okazjach. Pamiętam takie przesłuchanie po rekolekcjach, które głosił znany wtedy redemptorysta o. Edward Juniewicz. Zostałem wezwany z ks. Janem Gockiem. Najpierw bardzo długo czekaliśmy na korytarzu. Dochodziły do nas odgłosy jakby przewracających się szaf i trzasków. Po godzinie zostałem wezwany do jednego pokoju, a Jasiu Gocek do drugiego. Ubek zwracał się do mnie najpierw per ksiądz, potem per kleryk, a potem już nie przebierał i tu padały najgorsze epitety. W sumie przesłuchanie trwało pięć godzin.

– Czy tego typu wydarzenia nie zniechęcały Księdza?

– Wręcz przeciwnie. To mobilizowało człowieka, krystalizowało postawy.

– Nieżyjący już ks. Janusz Pasierb w wierszu pt. „Prymicjantowi” pisał: „Trzeba twojej głupiej miłości / żeby zapłonął Ogień”. Czy myśląc o początkach swojego kapłaństwa odnajduje się Ksiądz w słowach poety?

– Był we mnie i moich kolegach ogromny idealizm. Czy można to nazwać głupią miłością?

– Po święceniach zapewne odbyły się prymicje w rodzinnym Zarzeczu…

– Do dzisiaj pamiętam całe fragmenty kazania, które wygłosił na Mszy św. prymicyjnej wspomniany ks. Jakubczyk. Mówił o przydatności kapłana. Zaczął od przykładu: „Mała dziewczynka przebywała z rodzicami u wujka, który był proboszczem. Po całodziennej pracy przy żniwach był obiad i do stołu przyszedł również ksiądz wikariusz. Siostrzenica zapytała: Wujku, czemu ten ksiądz je z nami, jak on nie pracował?” Od tego wyszedł, dalej mówiąc o roli kapłana w społeczeństwie i w Kościele.

– Po święceniach został Ksiądz mianowany wikariuszem w Zręcinie koło Krosna. Można usłyszeć opinię, że pierwsza parafia i pierwszy proboszcz ustawiają młodego księdza, pod względem duszpasterskich zachowań, na całe kapłańskie życie. Jakie znamię wycisnęła na Księdzu parafia w Zręcinie?

–  Była to parafia wiejska, bardzo rozległa, licząca 10 tysięcy mieszkańców w jedenastu wsiach. Nie muszę chyba dodawać z czym się to wiązało. Proboszczem był ks. Stanisław Łuksik z Kosiny. Akurat jak przyszedłem rozpoczynały się misje parafialne. Ksiądz  proboszcz obiecywał sobie po nich bardzo wiele. Były zresztą bardzo dobrze przeprowadzone. Nauki były w starym stylu, sugestywne, nieraz wstrząsające. Proboszcz płakał, że te misje nie spełniły jego nadziei na nawrócenie parafii, dość wtedy zamożnej, a religijnie oziębłej. Ten płacz proboszcza nad stanem parafii dawał mi dużo do myślenia.

– Po dwóch latach w Zręcinie trafił Ksiądz do Brzysk…

– Tam proboszczem był  ks. Władysław Gwoździcki z Czudca. Był chory, więc prawie cały ciężar katechizacji spadł na mnie. Pamiętam, że w 1963 r. do pierwszej Komunii św. przygotowałem 202 dzieci. Parafia również liczyła kilka wiosek. W niedzielę na Mszach św. było tak ciasno, że przejście po składce graniczyło z cudem. Nie wyobrażam sobie, żeby dzisiaj ludzie mogli stać w takim ścisku. Tam parafianie byli bardzo oddani Kościołowi i życzliwi księżom. Pamiętam jak w związku z Wielką Nowenną zachęcałem ich do spowiedzi. Po doświadczeniach w Zręcinie ta zachęta była bardzo wymowna i serdeczna. Do spowiedzi przyszło około 3600 osób. Spowiadaliśmy z księżmi z dekanatu do drugiej w nocy i to nie wszystkich. Proboszcz się cieszył, ale żartując mówił: „Stasiu, tutaj nie trzeba tak bardzo zachęcać”. Często też mi radził: „Nie włócz się po parafii” – choć nie miałem takiego zwyczaju i dodawał: „Dotąd będą cię szanować, dopóki cię nie poznają”.

– Nie miał Ksiądz Infułat okazji na dłużej zagościć w tych pierwszych parafiach. W 1964 był już Ksiądz w Starym Żmigrodzie.

– Wtedy raczej przestrzegano zasady, że wikariusz był w parafii nie dłużej niż 2 lata. Przyszedłem do Starego Żmigrodu razem z nowym proboszczem – ks. Marcinem Pawulem z Giedlarowej. Parał się gospodarką i miał z tym sporo kłopotów. Duszpasterstwo cedował na mnie. Uczyłem religii w Żmigrodzie, Łysej Górze i Głojscach – tam też była kaplica dojazdowa. W tej parafii przeżywałem Milenium Chrztu Polski w kwietniu 1966 r. Proboszcz wtedy wyjechał na dłużej i sam prowadziłem wszystkie uroczystości, głosiłem kazania. W tamtym dekanacie byłem świadkiem serdecznych więzów kapłańskich. Natłok komuny był wielki (w 1963 r. aresztowano ks. Władysława Findysza, dziekana z Nowego Żmigrodu). Myśmy się wobec tego trzymali razem bez względu na wiek i stanowiska. Z perspektywy lat możemy pozazdrościć tych więzi. Sytuacja zmieniła się jak przeszedłem do Krosna. Była to wtedy jedyna parafia w mieście liczącym 28 tysięcy mieszkańców. Proboszczem był ks. Roman Dubeński – bardzo uzdolniony muzyk i śpiewak. Oprócz niego pracowało 3 wikarych. Tam nie było już czasu na odwiedziny i spotkania, tylko katecheza, kościół, szpital, cmentarz. W ciągu roku było około 200 pogrzebów.

– Lata Księdza wikariatu przypadły na okres prac Soboru Watykańskiego II. Czy osiągnięcia Soboru pokrywały się z Księdza wizją duszpasterstwa?

– Sobór zastał mnie w Brzyskach. Dowiadywaliśmy się o jego pracach z „Tygodnika Powszechnego”, który wtedy miał inny wymiar niż dzisiaj i ze „Słowa Powszechnego”. Proboszcz w Brzyskach był przerażony. Martwił się, że w liturgii zostawią tylko „Ojcze nasz”.

– Kiedy odprawił Ksiądz pierwszą Mszę św. w nowym rycie?

– To było w Krośnie, choć tamtejszy proboszcz również nie sprzyjał szybkim zmianom. Udało się nam wikarym go przekonać. Myśleliśmy, że to będzie taki hit, że ludziom będzie się podobać. Nie pamiętam za bardzo reakcji parafian. Na pewno niektórym bardzo odpowiadał język polski, ale z drugiej strony doskonale umieli odpowiadać po łacinie. Msza św. straciła po części charakter misterium. W Kosinie znów wróciłem do rytu przedsoborowego.

– Do Kosiny przyjechał Ksiądz w 1968 roku?

– To był już 1969 rok – w Krośnie byłem trzy lata. Proboszcz z Krosna proponował mi nawet zostanie jeszcze dłużej, ale nie chciałem ze względu na przesilenie i stan zdrowia, może się i zbyt przejmowałem tym wszystkim. Kosina była oryginalną parafią z oryginalnym proboszczem ks. Józefem Prajsnarem pochodzącym z Korczyny, wyświęconym przez krajana – św. Józefa Sebastiana Pelczara. Był bardzo oczytany, znał języki. Oryginalny w powiedzeniach i powiastkach. Przy tym był bardzo pokorny i pobożny. Nie można było mu zarzucić hipokryzji i obłudy. Kiedy przyszedł do kościoła padał na kolana i bił się w piersi powtarzając za celnikiem: „Boże bądź miłościw mnie grzesznemu”. To mi dało dużo do myślenia, bo był człowiekiem świątobliwym. Zastanawiałem się, za co on tak żałuje? W 1972 r. obchodziliśmy złoty jubileusz jego kapłaństwa. Przybyło trzech biskupów na czele z bp Ignacym Tokarczukiem. Ordynariusz przebierał się u mnie na wikarówce, przy okazji zapytał ile mam lat kapłaństwa. Powiedziałem, że dwanaście. „W takim razie mam dla księdza placówkę w Rzeszowie na Baranówce. Niech ksiądz oglądnie i do dwóch tygodni da mi znać”. Zapytany o radę ks. Kazimierz Ryczan odpowiedział, że tam, na Baranówce, nic nie ma. Pojechałem do biskupa nie wiedząc co powiedzieć, bo trudno biskupowi odmówić. Gdy tak skrzywiłem się na po jego pytaniu o decyzję, że nie bardzo się widzę, powiedział: Tak, rozumiem, mam inną parafię, bardzo dobrą – Drabinianka, tam już jest prezbiterium, wystarczy dobudować nawę. Pojechałem na Drabiniankę, a tu prezbiterium jest, ale z desek, to znaczy trzy ściany po trzy metry. Wcześniej próbował tam utworzyć parafię ks. Stanisław Kołtak, ale wywieziono go z parafii, aresztowano też jego następcę ks. Mariana Daraża. Wiadomości te nie były zachęcające, ale drugi raz nie chciałem odmawiać biskupowi. Tak więc odszedłem z Kosiny na Drabiniankę. Po jakimś czasie odwiedził mnie ks. Prajsnar. Jak zobaczył barak, w którym odprawiałem Msze św. wyjął z kieszeni pieniądze, mówiąc: „Widzę, że jest potrzeba”. W jego przypadku był to symboliczny gest, ponieważ, jak każdy z Korczyny był bardzo oszczędny i jak sam mówił, wydawał grosz tylko z konieczności. Nieraz żartując pytałem go kiedy zachodzi taka konieczność. Odpowiadał, że wtedy jak człowiek choruje i umiera.

– Miał Ksiądz za zadanie utworzenie nowej parafii i budowę kościoła na wtedy jeszcze nieistniejącym osiedlu „Nowe Miasto”. Czy przechadzając się po polach w miejscu dzisiejszych bloków nie odczuwał Ksiądz przerażenia w związku z tymi wyzwaniami?

– Kiedy przyszedłem w niedzielę na pierwszą Mszę św., do tego prezbiterium przyszło 30 osób. Za tydzień już więcej. Pojawili się ministranci, schola. Przychodzili w zimie, w mrozy, choć nie mieliśmy dachu nad głową. Przychodzili mimo przesłuchań, zastraszeń i kolegiów. To był bardzo ważny znak i szybko poczułem się tutaj na swoim miejscu. Już później zaangażowanie parafian w budowę było ogromne. Drabinianka liczyła wtedy 930 mieszkańców. Do pracy przychodziło nieraz 180 osób, czyli co czwarta osoba, z każdej rodziny i to codziennie. Byli tacy, którzy po pracy na WSK coś tam szybko zjedli, a potem pracowali na budowie do północy. Dzisiaj jest to nie do pomyślenia. Dodam jeszcze, że bardzo dopingował mnie bp Tokarczuk, a nawet hołubił swoją częstą obecnością. Zwołał tutaj, jeszcze w baraku, kapłańską kongregację rejonową, potem peregrynację obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Mówił: „Niech ludzie widzą, że można coś zrobić”. Chciał zachęcić także księży, którzy często patrzyli na taką inicjatywę pesymistycznie. Sam odrzucałem wewnętrznie zniechęcenie, powtarzając sobie coś w stylu hasła o. Tadeusza Rydzyka: „Alleluja i do przodu!”

– W książce pt. „Komu bije dzwon wolności” opisuje Ksiądz Infułat trudności i represje związane z budową kościoła. Który z momentów był najtrudniejszy?

– Były trzy takie kryzysowe sytuacje. Gdy władze dowiedziały się, że ludzie z Drabinianki starają się o kościół, na złość przyznali plac i pozwolenie w miejscu gdzie obecnie jest kościół parafialny Matki Bożej Częstochowskiej. Dla mieszkańców Drabinianki to było bardzo dobra lokalizacja, bo blisko ich domów, ale z myślą o powstaniu osiedla Nowe Miasto była to lokalizacja nie do przyjęcia. Byłem w bardzo trudnej sytuacji. Zastanawiałem się jak wytłumaczyć, że musimy odrzucić to pozwolenie. Ani mnie, ani im nie było łatwo. Drugi moment to była kwestia projektu. Przygotowywaliśmy się do budowy kościoła choć nie mieliśmy żadnych planów, ani konstrukcyjnych, ani architektonicznych, tylko jakieś szkice założeń techniczno-ekonomicznych. Termin pozwolenia na budowę już się kończył, a miejscowi architekci inspirowani przez władze wodzili nas za nos. Niemalże w ostatniej chwili przyszedł nam z pomocą architekt z Krakowa prof. Witold Cęckiewicz. Był on już wtedy światowej sławy architektem, projektował budynki w Europie, więc nie musiał się tak bardzo liczyć z ówczesną władzą. Trzeci kryzys był związany z przyznaniem placu pod budowę. Gdy zorientowaliśmy się, że tu gdzie obecnie znajduje się katedra jest sięgająca 13 metrów mada i trzeba dostać się aż do żwirowiska, które było kiedyś dnem Wisłoka, ręce mi opadły. Tym bardziej, że nie było mowy o pożyczeniu specjalistycznego sprzętu. Różni się głowili nad sposobem i z Politechniki Krakowskiej i AGH jak wykopać takie głębokie doły. Z pomysłem przyszedł zwykły robotnik Janusz Orzech z Siedlisk. Przedstawił prosty pomysł takiego kopadełka, które się sprawdziło. Owszem, prace trwały długo, ale postępowały systematycznie.

– Dla przeciwwagi wspomnijmy o chwilach radosnych. Podejrzewam, że do najjaśniejszych momentów należała wizyta Jan Paweł II w 1991 r.

– To była wielka nagroda dla mnie i dla ludzi, którzy w sposób heroiczny budowali kościół. Poświęcenie kościoła przez Papieża to jest rzecz rzadka. Pierwsza taka myśl, choć oczywiście w przestrzeni marzeń, pojawiła się podczas uroczystości położenia kamienia węgielnego 12 grudnia 1980 r. Biskup Tokarczuk proroczo wtedy wspomniał, że budowany przez nas kościół może będzie katedrą. Rozmawialiśmy też tak teoretycznie o przyszłej wizycie Jana Pawła II. Jak później były dyskusje, gdzie ma się odbyć spotkanie z Papieżem w Rzeszowie, bp Tokarczuk od pierwszego momentu wskazał, że przy kościele Serca Jezusowego. Proszę powiedzieć, czy budowniczy kościoła może sobie co więcej wymarzyć?

– „Wiem, że ofiaruję prawdziwe Ciało i Krew / z buntu mojej krwi i mojego ciała”. To fragment wiersza pt. „Wierzę” księdza Janusza Pasierba. Czy w ciągu pięćdziesięciu lat przeżywał Ksiądz momenty buntu?

– Mimo rozmaitych słabości na przestrzeni tych lat nigdy nie zwątpiłem we wierze i nigdy nie przeżywałem kryzysów. Przypisuję do głównie codziennej Eucharystii i nabożeństwu do Serca Pana Jezusa. Miałem od malutka zaszczepione przez babcie ukierunkowanie pobożności na Serca Pana Jezusa. Jak mówiłem pacierz babcia czuwała i zawsze mi kazała dodawać: Najsłodsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami. Drugim takim popchnięciem był proboszcz z Brzysk. Mówił: Jeżeli chcesz wytrwać i być pożytecznym dla Kościoła, to odmawiaj sobie codziennie litanię do Serca Pana Jezusa. Wziąłem to sobie serca. Chcę podkreślić, że nabożeństwo do Serca Jezusa nie jest takie łatwe – wymaga oddania swojego serca.

– Większość księży z Księdza roku jest już na emeryturze. Ludzie, nie tylko duchowni, bardzo różnie przeżywają ten etap życia. W przypadku księdza, co nie zawsze towarzyszy osobom świeckim, dochodzi jeszcze samotność. Gdy połączona jest z chorobą, wielu czuje się rozgoryczonych. Jak Ksiądz wyobraża sobie idealną emeryturę kapłana?

– Nie ma idealnej emerytury. Nikt nie przeżywa tego z radością. Chyba taki, który nie lubi pracować. My jako rocznik lubiliśmy pracę. Wybudowaliśmy 14 kościołów, 8 domów katechetycznych i 13 plebani (mamy wkrótce spotkanie rocznika więc przygotowałem takie statystyki). Nie byliśmy zresztą rocznikiem wyjątkowym. W latach siedemdziesiątych w czasie biskupstwa Tokarczuka takich inicjatyw było bardzo dużo. Mówię o tym, aby uzmysłowić ogrom pracy jaka spadła na święconych w tamtym czasie.  Wracając do emerytury. W kapłaństwie trudno chyba mówić o emeryturze. Jak są siły zawsze można spowiadać, a to jest szczególne duszpasterstwo, można tez odprawiać Mszę św. Czego chcieć więcej? Mnie to czeka wkrótce. Nie wiem jak to przeżyje.

– Co powiedziałby Ksiądz młodemu człowiekowi, który zwierzyłby się, że myśli o kapłaństwie?

– Pogratulowałbym, ale też ostrzegł, że nie jest to sielanka. Powtórzyłbym za Panem Jezusem, że trzeba zaprzeć się siebie każdego dnia, bo nie brakuje przeciwności, jeśli nie zewnętrznych to wewnętrznych: pycha żywota, pożądliwość ciała – trzeba z tym walczyć. Powiedziałbym też, że będąc kapłanem pięćdziesiąt lat ani przez moment nie żałowałem, że nim zostałem. Jestem szczęśliwym księdzem.

– Dziękuję za rozmowę (rozmawiał ks. Tomasz Nowak).

„60 LAT W KAPŁAŃSTWA”. ZAPIS ROZMOWY Z KS. INFUŁATEM STANISŁAWEM MACEM PRZEPROWADZONEJ W CZERWCU 2020 R.

– Ostatnio rozmawiałem z Księdzem dziesięć lat temu przy okazji złotego jubileuszu kapłaństwa. Wtedy rok dzielił Księdza od przejścia na emeryturę. Na zakończenie rozmowy zapytałem, jak Ksiądz wyobraża sobie idealną emeryturę księdza.

– Co odpowiedziałem?

– Że nikt się nie cieszy z przejścia na emeryturę.

– Teraz powiem tak: Dziękuję Panu Bogu za ten czas. Przede wszystkim mam więcej czasu na modlitwę. Wcześniej, zwłaszcza podczas budowy kościoła, a później przez liczne działania duszpasterskie, nie miałem takiego spokoju, wyciszenia. Modliłem się, jak najdłużej rano, ale zawsze były ze mną różne troski. Człowiek zabiera na modlitwę to wszystko, co przeżywa. Teraz tych rzeczy już praktycznie nie ma, w tym sensie, że nie muszę się martwić o szereg różnych spraw. Staję przed Bogiem skupiony nie na sobie, ale na Bożej wielkości, dobroci i miłości.

– Jako emeryt pozostał Ksiądz w parafii, co nie jest regułą. Wynikają z tego korzyści, bo pozostał Ksiądz w tej wspólnocie, z którą przeżył kilkadziesiąt lat, ale też trudno jest niektórym emerytom zrobić miejsce nowemu proboszczowi.

– Oczywiście jestem bardzo związany z tym miejscem, kościołem, plebanią. Mieszkam tutaj od 1975 r. i tutaj, w tym mieszkaniu, patrząc na te same ściany, obrazy, chciałbym zakończyć życie. Jak Bóg pozwoli. Gdybym musiał opuścić to miejsce, na pewno bym to bardzo przeżywał. Gdy chodzi o relację z następcami. Przeszedłem na emeryturę później niż się przyjęło, bo w wieku 75 lat. To taki wiek, kiedy trudno już jakoś rywalizować z nowym proboszczem. Chcę tutaj podkreślić wielką życzliwość księży, kiedyś ks. Jana Delekty, a obecnie ks. Krzysztofa Gołąbka. Otoczyli mnie troską, serdecznością i życzliwością. Dzięki temu mogę powiedzieć, że mimo różnych ograniczeń ciała, bo i pamięć czasem zawodzi i nie brakuje dolegliwości, jestem szczęśliwym, starym księdzem.

– Dziesięć lat temu dość szczegółowo rozmawialiśmy o poszczególnych latach księdza kapłaństwa, począwszy od święceń 12 czerwca 1960 r. Dzisiaj zapytam ogólnie o trzy rzeczy według jednego ze schematów modlitwy, gdzie jest miejsce na przeproszenie, dziękczynienie i prośby. Za co przeprasza Ksiądz patrząc w przeszłość?

– Na szczęście Pan Jezus ustanowił sakrament spowiedzi, to wszystko tam wyznaję, żałuję, przepraszam i nie muszę mówić wszystkim o grzechach. Dziękuję Panu Bogu za miłosierdzie. Nigdy nie sprzeniewierzyłem się powołaniu. Starałem się przeżyć uczciwie kapłaństwo i być wiernym księdzem. A za popełnione grzechy wynagradzam, zwłaszcza teraz, gdy mam więcej czasu na modlitwę. Może też i po to żyję dłużej.

– Za co Ksiądz dziękuje?

– Za długie życie w miarę w dobrym zdrowiu. Mam obecnie 85 lat, a mogę odprawiać Msze św. i uczestniczyć w życiu parafii. Większość moich kolegów z rocznika święceń już zmarła, z 37 zostało nas 12, z tego połowa to księża leżący, wymagający stałej opieki. Ja mam jeszcze trochę świadomości, poruszam się na własnych nogach i za to Panu Bogu dziękuję. Dziękuję Bogu za Jego bliskość. Dziękuję za kapłaństwo, za tę szczególną bliskość z Panem Jezusem podczas Mszy św. Ile to Mszy św. odprawiłem w ciągu tych lat tu w katedrze, a wcześniej jako wikariusz w kilku parafiach, ile różnych intencji i spraw. Dziękuję Bogu za to, że jestem księdzem. Bardzo dziękuję za życzliwość i troskę tym, z którymi mieszkam obecnie na plebani. Już o tym mówiłem, ale chce to podkreślić, proboszcz parafii i wikariusze, siostry zakonne traktują mnie bardzo serdecznie, opiekują się mną, interesują i wspomagają w starości, przed śmiercią, bo tak trzeba powiedzieć, przygotowuję się do śmierci.

– Kapłaństwo, za które ksiądz dziękuje, to Eucharystia i słowo Boże. Ksiądz był bardzo chętnie słuchanym kaznodzieją. Proszę podać receptę na dobrą homilię.

– Trzeba mówić do ludzi.

– To znaczy?

– Mówiłem tak, aby wszyscy słuchacze mogli mnie w pełni zrozumieć, czyli prostym językiem, bez abstrakcji, ogólników, praktycznie, czasami dosadnie. Do końca chodziłem na ambonę z kartką, gdzie miałem tylko punkty, nie improwizowałem, trzymałem się tych punktów i nieraz ludzie mówili mi: Ksiądz mówił ostatnio o tym, o tym i o tym. Przez przejrzystość i dostosowanie łatwo było im słuchać i zapamiętać.

– O co prosi Jubilat?

– Różne dni przynoszą różne prośby. Ale mam też takie stałe, codzienne. Codziennie modlę się za ojczyznę. Nie śledzę już wydarzeń politycznych, bo bliżej mi do wieczności niż doczesności, ale modlę się codziennie za Polskę, za wszystkich Polaków, aby ponieśli dalej wiarę w Jezusa Chrystusa, kulturę i historię. Modlę się też codziennie za księży, którzy są tutaj w parafii i za siostry zakonne. Codziennie ofiaruje za nich cząstkę różańca. To im się należy ze sprawiedliwości za opiekę. Proszę dla nich o Boże błogosławieństwo, serdeczność, zdrowie, jedność, współpracę. To dla duszpasterstwa w parafii bardzo ważne, aby księża się szanowali i ze sobą współpracowali. Modlę się za nich, bo to jedyny sposób, w jaki mogę im wynagrodzić dobro. Zawsze też modlę się za parafian. Wielu z nich już odeszło do wieczności, pamiętam o nich, pamiętam też o żyjących. Z tymi najstarszymi przeżyliśmy razem wiele wydarzeń, zarówno smutnych, jak i radosnych. Budując kościół, który teraz jest katedrą, myśmy, jako parafia, nie zapomnieli o świątyni w ludzkich sercach, stąd więzi, pamięć i bliskość.

– Dziękuję bardzo za rozmowę (rozmawiał ks. Tomasz Nowak).

Zdjęcia: T. Nowak

Udostępnij