Wszystko jest w rękach Boga. Rozmowa z ks. Janem Młynarczykiem

O Rzeszowie w latach pięćdziesiątych, zgodzie papieża na święcenia, zimie stulecia w Rybotyczach, rejsie „Stefanem Batorym”, reformie liturgii, budowie kościoła w Nadbrzeziu, powodzi w Sandomierzu i przygotowaniu do śmierci… Z ks. Janem Młynarczykiem, diamentowym jubilatem w kapłaństwie, emerytowanym proboszczem parafii Matki Bożej Królowej Polski i św. Jana Kantego w Sandomierzu, rozmawia ks. Tomasz Nowak.

Rok temu, 12 czerwca 2020 r., przeżywał Ksiądz z kolegami diamentowy jubileusz kapłaństwa…

Tylko z nielicznymi. Większość księży z mojego rocznika już nie żyje. Było nas wyświęconych 39, a teraz żyje 9. W 2020 r. zmarło aż 7 księży – pogrzeb za pogrzebem. Część nie mogła dojechać z racji choroby. Jubileuszowa Msza św. była w kaplicy seminarium duchownego w Przemyślu. Mszy św. miał przewodniczyć abp Józef Michalik, ale się, biedaczysko, rozchorował. Modlił się z nami abp Adam Szal.

Słyszał Ksiądz taką historię, jak księża zastanawiali się, gdzie się spotkać z okazji rocznicy święceń i później srebrnego, złotego i diamentowego jubileuszu.

Nie bardzo.

Jeden z księży zaproponował restaurację „Jutrzenkę”.

„Jutrzenka”, proszę ja ciebie, była na Lenina.

To fikcyjna historia. I pozostali księża pytają: Dlaczego „Jutrzenka”? – Bo tam jest miła obsługa. Na 25-lecie podobna rozmowa i znów ksiądz proponuje „Jutrzenkę”. – Dlaczego? – Bo mają dobre jedzenie. Sytuacja się powtarza przed złotym jubileuszem i znów pojawia się „Jutrzenka”. – Dlaczego? – Bo tam nie ma schodów. I diamentowy jubileusz, już w mniejszym gronie zastanawiają się, gdzie się spotkać, i któryś ksiądz mówi: Może „Jutrzenka”? – Dlaczego? – Bo tam jeszcze nie byliśmy.

Widzę, że się księdza żarty trzymają. Nie ma się co śmiać z siwej głowy (ks. Młynarczyk grozi palcem). Ale rzeczywiście starzejemy się – księży to nie omija. Niektórzy poważnie chorują, tracą pamięć, potrzebują stałej pomocy i leczenia. Nie ma tutaj reguł. W przypadku świeckich czasem pod ręką jest rodzina, ale też nie zawsze. Ważne jest, aby młodsze pokolenie, czy w rodzinie, czy w kapłaństwie, nie odstawiało starych ludzi na bok, bo zawadzają, bo niepotrzebni – to nie jest po Bożemu.

Znamy się, jeśli tak mogę powiedzieć, od 9 lat, od kiedy Ksiądz regularnie spowiada w kościele św. Krzyża w Rzeszowie. W każdy piątek, po rannej Mszy św., razem z pozostałymi księżmi z parafii, jemy śniadanie – i to jest właśnie moment, kiedy mam okazję posłuchać różnych historii, które Ksiądz opowiada. Od razu mnie zaskoczyła Księdza pamięć do dat. Prawie za każdym razem Ksiądz podaje rok, miesiąc, dzień. W ostatni piątek, gdy mówił Ksiądz o Piusie XII, pojawiła się nie tylko data jego śmierci, ale również dzień tygodnia.

Byłem wtedy w seminarium na piątym roku, i tak po prostu pamiętam ten dzień, kiedy nam powiedzieli, że papież nie żyje – to był czwartek, 9 października 1958 roku. Jak gdzieś jestem, a lubię uczestniczyć w różnych uroczystościach religijnych i patriotycznych, to interesuje się, kto, co, kiedy, i potem mi to jakoś zostaje w głowie.

Zatrzymajmy się dłużej przy dacie 6 października 1937 r. W rodzinie Franciszka i Rozalii Młynarczyków na świat przychodzi pierworodny syn Jan. Proszę przedstawić swoją rodzinę.

Miałem wspaniałych rodziców – Bogu dziękuję za nich. Tato pochodził z Borku Starego. Urodził się w 1905 r., był pierwszy z siódemki rodzeństwa. Był bardzo przedsiębiorczy, szył na maszynie, grał na instrumentach, robił znakomite wędliny. Już od młodości zajmował się handlem. Mama, z domu Lenart, pochodzi z Gwoździanki w parafii Niebylec. Jej rodzice jeszcze w 1890 r. wyjechali z Konieczkowej do Ameryki, tam się pobrali, tam się urodziła siostra i brat mamy, a mama już po powrocie do Polski. Jej rodzice, moi dziadkowie, przywieźli z Ameryki trochę pieniędzy, kupili gospodarstwo w Gwoździance koło Niebylca i tam zamieszkali.

Jak się poznali rodzice?

Tato, jeszcze jako kawaler, prowadził sklep w Konieczkowej i tam poznał część naszej rodziny. Po ślubie, przez kilka lat, mieszkali w domu rodzinnym mamy w Gwoździance. Ja się tam urodziłem jeszcze przed wojną, jako najstarszy, a później Marian – 13 czerwca 1942 r. W 1942, tuż przed Bożym Narodzeniem, rodzice przeprowadzili się do Niebylca, gdzie prowadzili sklep. Pamiętam szyld: „Rozalia Młynarczyk i spółka”. Mama była główną szefową. Sklep zamknęli w 1952 r. Wtedy nie było już klimatu na działalność prywatną – częste kontrole, nic nie można było kupić i rodzice zrezygnowali. W Niebylcu urodził się Staszek – 11 października 1948 r. w poniedziałek. W niedzielę mama była jeszcze na pogrzebie właściciela tartaku w Niebylcu, nazywał się Muszyński, a w poniedziałek już rodziła. Najmłodszy Zbyszek urodził się już w Rzeszowie 16 lipca 1953 r. Ochrzczony był w farze, chrzcił go ks. Tadeusz Szetela. Wszyscy rodziliśmy się w domu. Mama mówiła, że na pewno jesteśmy jej synami, bo w domu nikt nas nie podmienił.

W Gwoździance i Niebylcu przeżył Ksiądz pierwsze 14 lat życia, część podczas II wojny światowej. Czy pamięta Ksiądz jakieś wydarzenia z wojny?

W Gwoździance było w miarę spokojnie, w tym sensie, że niewiele pamiętam z tego czasu. Pamiętam natomiast takie wydarzenie z Niebylca: Niemcy przyszli do sklepu, przez sklep weszli do kuchni – byli z ogromnym owczarkiem niemieckim. Zapamiętałem przerażonego kota, który jednym susem wyskoczył na piec, choć pies tylko się na niego popatrzył. Sam też byłem ciekawy żołnierzy, których pierwszy raz widziałem tak blisko.

Kiedy zaczął Ksiądz naukę?

Do podstawówki zacząłem chodzić w Niebylcu w 1944 r. Po siedmiu klasach, w 1951 r., rozpocząłem naukę w nowoutworzonym Technikum Statystycznym po dawnej „handlówce” na ul. Klementyny Hoffmanowej w Rzeszowie.

I dojeżdżał Ksiądz do szkoły z Niebylca?

Wtedy nie było czym. Przez dwa lata mieszkałem na stancji przy ul. Grodzisko, a w trzeciej klasie, to był 1953 r., rodzice przeprowadzili się do Rzeszowa, do domu na ul. Lwowskiej, to już mieszkałem razem z nimi. Ten dom należał wcześniej do brata taty – Jana. Gdy stryj Jan kupił sklep bliżej centrum, już po drugiej stronie Wisłoka, teraz na Piłsudskiego, rodzice kupili od niego dom. To był duży dom – mieszkało tam trzech lokatorów, były dwa sklepy – za naszych czasów jeden sklep prowadziła spółdzielnia spożywców, drugi to był sklep mięsny. Gdy chodzi o przeprowadzkę, to rodzice nie mieli wyjścia. Władze zainteresowały się, że zajmują dwa domy, w Niebylcu i w Rzeszowie – stąd przeprowadzka do Rzeszowa.

Tego domu już nie ma. Przez waszą parcelę przebiega poszerzona o drugi pas ulica Lwowska. W ogóle Rzeszów się bardzo zmienił w porównaniu z latami Księdza dzieciństwa. Jak się Ksiądz czuje przejeżdżając już w XXI wieku ulicą Lwowską czy obecną Rejtana, która z wiejskiej drogi w stronę Tyczyna zmieniła się w nowoczesną ulicę z biurowcami.

Jeżdżę tamtędy dość często, choćby na cmentarz, na pogrzeby. Wracają wspomnienia. Widzę rodziców, ogród, dom. Cóż, nie ma już tego świata, kochanej mamy, taty. Serce boli, ale taka jest kolej rzeczy. Z jednej strony żal, ale też cieszę się, że Rzeszów się rozwija. W latach pięćdziesiątych można było pieszo obejść miasto w godzinę, a teraz te nowe osiedla… Z okna mieszkania patrzę jak rosną nowe wieżowce. Acha… Mam w pamięci nasz dom pięknie udekorowany na nawiedzenie Matki Bożej w kościele farnym 10 października 1970 r. – przyjechałem na uroczystości jako wikary z Brzysk. Mama mówiła, że było jeszcze więcej dekoracji, ale w nocy pozrywali flagi i kwiaty – takie wtedy były metody komunistów. Całą bramę powitalną wrzucili do Wisłoka. I ten dom zaraz po nawiedzeniu zburzono przy rozbudowie drogi.

Podczas tego nawiedzenia były same symbole, pusta rama…

Tak było. Ale właśnie wtedy czuło się wiarę w narodzie. Pamiętam tłumy, które szły całą szerokością Lwowskiej i za mostem ulicą Lenina, tłumy przy farze. To były dziesiątki tysięcy ludzi, którzy nie bali się manifestować przywiązania do wiary, do Matki Bożej, do Kościoła.

Wybiegliśmy nieco do przodu, a mnie jeszcze interesuje nauka w technikum, nauczyciele, koledzy, koleżanki, czy spotykaliście się po szkole, aby posłuchać największego przeboju 1951 r. „Na prawo most, na lewo most”?

Wtedy nie było za bardzo klimatu na zabawę. Żył Stalin, państwo walczyło z Kościołem, walczyło z patriotami, w sklepach nie było towarów. Było takie zmęczenie i przygnębienie. Nie za bardzo pamiętam jakąś rozrywkę. Acha… W szkole było kółko teatralne i coś tam grałem. Pamiętam, że uczyłem się w klasie „a” i maturę zdało 35 osób. Nauki było dużo – codziennie siedem, osiem lekcji. Uczyliśmy się także w soboty. Religia wtedy była jeszcze w szkole. Uczył nas ks. mgr Antonii Twaróg z parafii Chrystusa Króla. Był na parafii razem z proboszczem i budowniczym kościoła – ks. Józefem Jałowym. Ksiądz Jałowy zmarł w roku naszej matury, 8 lutego 1954 r. I jeszcze pamiętam języki. Obowiązkowy był rosyjski i do wyboru angielski albo francuski.

Który Ksiądz wybrał?

Angielski.

Czy przed maturą mieliście studniówkę?

Ale mnie jegomość zaskoczył… Studniówka… Raczej sobie nie przypominam. Wtedy częściej organizowało się bale maturalne już po egzaminach. U nas było jakieś zamieszanie z tym balem. Zaraz, zaraz… W klasie maturalnej usunięto religię ze szkoły i ks. Twaróg przestał uczyć w naszym technikum – uczył nas w kościele na ul. 3 Maja. Ale po maturze umieściliśmy jego zdjęcie na klasowym tableau, które przez jakiś czas było w witrynie fotografa na ul. Jagiellońskiej – tak się wtedy robiło. Dyrekcja kazała nam usunąć zdjęcie katechety. Myśmy tego nie zrobili i za karę balu chyba nie było. Mówię „chyba”, bo dokładnie tego nie pamiętam. Na pewno były jakieś nieprzyjemności.

Kiedy Ksiądz zaczął myśleć o kapłaństwie?

Trudno tak, bracie, powiedzieć. Pewne rzeczy zaczęły się już w domu. W domu był klimat religijny, pobożny i patriotyczny – jedno i drugie. Mama jak już umierała powiedziała mi, że z tatą należeli do Armii Krajowej. Tyle lat nic nie mówili. W naszym domu często gościliśmy księży. W Niebylcu bywał ks. Franciszek Muras, w Rzeszowie – ks. Jan Stączek, wyjątkowo poważany kapłan. Patrzyłem na niego przez prawie 40 lat i ani raz nie widziałem, żeby nie miał na sobie sutanny, czy przynajmniej czamary. Pamiętam, że u nas w domu księża z fary spotykali się na kolacji, kiedy kończyli kolędę. Jeden szedł jedną stroną Lwowskiej, drugi – drugą, a u nas była kolacja. Potem wracali dorożką do fary. Ministrantem byłem jeszcze w Niebylcu, od trzeciej klasy. Idę sobie kiedyś na „majowe”, a starsi koledzy wołają mnie: „Chodź Jasiu służyć”. I poszedłem. Wszystko było po łacinie, był porządek, ale też wspaniali koledzy i księża: ks. Franciszek Strzępek, starszy już proboszcz, który zmarł w 1949 i ks. Muras, który faktycznie kierował parafią, a po śmierci ks. Strzępka został jego następcą. Księży się wtedy szanowało. Pamiętam jak biegłem koło kościoła w Niebylcu z kolegą z klasy, nazywał się Józek Dziki, zmarł jeszcze w 3 klasie w podstawówce – skaleczył sobie nogę i miał zakażenie. Jak tylko zobaczyliśmy księdza przy kościele to w takim biegu skręciliśmy w jego stronę, „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, pocałowaliśmy księdza w rękę i dalej biegniemy – to było dla nas, dzieci, takie naturalne.

Dzisiaj księży nikt już nie całuje, biskupi też najczęściej cofają rękę.

Trzeba wiary, aby uwierzyć, że to jest alter Christus (drugi Chrystus – T.N.). Ja za całowaniem nie tęsknię, ale trudno mi się pogodzić z takim sprowadzeniem księdza tylko do urzędnika. Ale to trzeba wiary, aby w zwykłym, słabym człowieku, dostrzec Jezusa Chrystusa. Powiedzmy sobie szczerze, bracie, że najpierw trzeba wiary samego księdza.

Czy po przeprowadzce do Rzeszowa nadal Ksiądz służył jako ministrant?

W farze to nie było takie łatwe. Ile tam było ministrantów… Najpierw chodziłem do bernardynów, a dopiero później do fary. Jak nie służyłem, bo mieliśmy swoje dyżury, to zawsze stałem przy ołtarzu św. Józefa.

I ten moment, kiedy Ksiądz mówi rodzicom: Idę na księdza…

Choć nie miałem się czego obawiać, to najpierw zawiozłem podanie do seminarium, a dopiero później powiedziałem rodzicom. Mama, matczysko moje kochane, na pewno się modliła o powołanie dla któregoś z nas. Wprost tego nie mówiła, ale za to mówiła czasem: Mam was czterech, to może jeden zostanie księdzem. W Przemyślu byłem razem z katechetą, ks. Twarogiem.

Pierwsze wrażenia z seminarium?

Najpierw musiałem załatwić sprawę nakazu pracy po technikum – dostałem nakaz aż do Cieplic na Śląsku. Pojechałem do Przemyśla po zaświadczenie, że jestem przyjęty do seminarium. Było tam trochę zamieszania, bo komuniści zawiesili w 1953 r. czterech księży diecezji przemyskiej: ks. Michała Jastrzębskiego, rektora seminarium, ks. Jana Grochowskiego, proboszcza katedry przemyskiej, ks. Jana Bazana, dziekana jasielskiego i ks. Jana Stączka z Rzeszowa. Rektora zastępował ks. Jakiel Stanisław, od 1957 r. biskup, i to on wypisał mi zaświadczenie, i do Cieplic nie pojechałem. A ks. Stączka zastępował ks. Walenty Bal, który administrował parafią farną do 1957 r. i to właśnie ks. Bal pisał mi opinię do seminarium. Na wakacjach też uczyłem się intensywnie łaciny. Z Konieczkowej w seminarium był kleryk Staszek Wojtaszek, trzy lata starszy ode mnie, później zginął tragicznie z kilkoma parafianami w 1980 r., jak był proboszczem w Godowej – jechali do Kalwarii Zebrzydowskiej. Staszek na plebani w Niebylcu uczył mnie łaciny razem z bratową ks. Murasa – Jadwigą.

Była nauczycielką?

Nie pamiętam czym się zajmowała. Przyjeżdżała do Niebylca na urlop z Zabrza. Łacinę znała znakomicie.

I tak wyuczony pod koniec września 1954 r. stawił się Ksiądz seminarium. Ilu was było na roku?

Pięćdziesięciu.

A wie Ksiądz ile jest teraz kleryków na pierwszym roku w rzeszowskim seminarium?

Ilu?

Trzech.

Boże, ratuj! Na drugim roku było nas wszystkich w seminarium 254 – wtedy seminarium przeszło na system sześcioletni. Spaliśmy w pokojach po dwunastu, cały Boży rok była zimna woda, ale za to była niesamowita więź, trzymaliśmy się razem, wspierali. Ta więź pozostała po dzień dzisiejszy. Rocznica święceń, 12 czerwca, to dla każdego księdza z naszego rocznika wielkie święto.

Jak Ksiądz mówił, już w technikum dawała o sobie znać władza komunistyczna. Czy w seminarium doświadczył Ksiądz trudności w związku z sytuacją polityczną tamtego czasu?

Nie miałem żadnej styczności w komuną, z władzami. Niektórych kleryków wzywano na przesłuchania – przesłuchiwano choćby ks. Stanisława Maca. Ja nie byłem przesłuchiwany.

Czy któryś z seminaryjnych wykładowców zrobił na Księdzu szczególne wrażenie?

Byłem urzeczony każdym z nich. Prefektem i wykładowcą filozofii był ks. Jerzy Albewicz, principia wykładał ks. Jan Jakubczyk, później też liturgikę; dogmatykę – ks. Dominik Bialic i ks. Michał Jastrzębski; moralną na szóstym roku – bp Stanisław Jakiel; katechetykę – ks. Antoni Gagatnicki, uczony i praktyk, studiował we Lwowie. Gdy byłem na piątym roku wrócił ze studiów ks. Stanisław Zygarowicz. Był wikarym w rzeszowskiej farze do października 1952 r. Wtedy rozpoczął studia na KUL, a na jego miejsce przyszedł ks. Tadeusz Szetela, wikariusz i katecheta, który nie opuścił już Rzeszowa aż do śmierci w 2008 r.

A kiedy ojciec duchowny stawał przed wami na ambonie, to o czym najczęściej mówił w konferencjach?

Strasznie dużo ksiądz oczekuje od mojej pamięci… Teraz mogę tylko przypuszczać, że mówił o służbie Bogu i ludziom, o wierności powołaniu, o byciu na wzór Serca Pana Jezusa, o miłości do Matki Bożej. Jakichś szczególnych tematów nie pamiętam.

I tak doszliśmy do święceń…

W moim przypadku nie było to takie proste, bo byłem za młody, nie miałem lat. Święcenia można przyjąć po skończeniu 25 lat. Gdy brakuje rok, dyspensy może udzielić episkopat, a mnie brakowało 16 miesięcy – w czerwcu 1960 r. miałem 23 lata. Nie wiadomo było czy mam czekać, czy biskup będzie pisał do Rzymu o dyspensę. Infułat Stączek prosił bp. Bardę, mówiąc że przydałbym się już w rzeszowskiej farze, bo miał jechać na leczenie. Biskup mówił, że to nie takie proste. W sumie byłem już nastawiony, że nie będę święcony z kolegami tylko później. Przygotowałem nawet obrazki z napisem „Króluj nam Chryste”, bo myślałem, że będę święcony w październiku, w okolicy Uroczystości Chrystusa Króla, jak skończę 24 lata. A tu nagle ks. Zdzisław Majcher, notariusz, a później kanclerz Kurii Biskupiej, daj mu Boże niebo, przyszedł do naszego pokoju w seminarium, mówiąc, że przyszło z Watykanu pozwolenie. 12 marca 1960 r. był diakonat, a 12 czerwca święcenia kapłańskie w katedrze przemyskiej. Święcenia zaczęły się o 7.00 i skończyły się koło 11.00.

Cztery godziny. To bardzo długo.

Biskup Franciszek Barda, który nas święcił, urodził się w 1880 r., to miał wtedy równe 80 lat i nie narzekał.

Ksiądz Twardowski napisał: „W lipcowy poranek mych święceń / dla innych szary zapewne / – jakaś moc przeogromna / z nagła poczęła się we mnie. // Jadę z innymi tramwajem – / biegnę z innymi ulicą / nadziwić się nie mogę / swej duszy tajemnicą”. Lubi Ksiądz poezję?

O tyle, o ile…

Jak się Ksiądz czuł w ten niedzielny dzień święceń?

Radość, wdzięczność, zdziwienie. Tramwajem nie jeżdżę, ale teraz coraz częściej po Rzeszowie autobusem. Jeżdżę w sutannie i ten mówi: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, tamten: „Szczęść Boże”, dużo uśmiechów i serdeczności. Wciąż się dziwię i dziękuję Bogu za tę łaskę. Ale sutanna to sutanna, proszę ja ciebie. Ona zobowiązuje tego, kto jest w nią ubrany i tego, co stoi obok.

A potem prymicje w parafii farnej…

Jeszcze w dniu święceń było spotkanie w ogrodach seminaryjnych. Przyjechali rodzice, babcia ze strony mamy, brat mamy z poznańskiego i jeden z rodzonych braci. Rodzice przywieźli coś do jedzenia. Zresztą mama przez cały czas, jak byłem w seminarium przygotowywała różne smakołyki. Do dzisiaj z kolegami wspominamy te pyszności, serowce i makowce. A potem były prymicje w Boże Ciało. Tak się złożyło, że święcenia były w Niedzielę Trójcy, to potem w najbliższy czwartek, w Boże Ciało, prymicje. Było setki dzieci z koszykami, kwiatkami, dzwonkami. Za dekorację i przygotowanie ołtarzy odpowiadał senior wikarych farnych, ks. Tadeusz Prucnal, później proboszcz w Zaleszanach, zmarł w 2008 r. Razem z nim wikarymi wtedy byli wspomniany ks. Tadeusz Szetela, ks. Józef Czech, ks. Józef Krzywda i ks. Janusz Nowiński. To byli wikarzy, bo było jeszcze siedmiu księży katechetów jak ks. Bal, ks. Długosz, ks. Pustelak, ks. Ożóg. Nad głównym ołtarzem był napis: „Jesteś kapłanem na wieki”. Wyszedłem z plebani procesyjnie 20 minut przed 10.00, a wszystko skończyło się 20 minut przed 14.00.

I znów cztery godziny…

Bogu niech będą dzięki! Nikomu się wtedy nie dłużyło. Boże Ciało, procesje, prymicje, na to się czekało. Wcześniej prymicje w kościele farnym były w 1952 r., pierwsze od czasów ks. Stączka – Mszę miał ks. Tadeusz Kłosowski z ul. Szopena, jego rodzice pochodzili w Wołynia. Nikt się wtedy w kościele nie nudził. Kto w tamtych latach miał telewizor? Ludzie chętnie uczestniczyli w Mszach św., w nabożeństwach. Przychodzili do kościoła rano i po południu na nieszpory. I nikt nie narzekał, że kazanie trwało 30 minut.

A kto mówił kazanie na Mszy prymicyjnej?

Kazanie mówił ks. infułat Stączek, manduktorem (ksiądz asystujący neoprezbiterowi w liturgii przedsoborowej – T.N.) był ks. Ludwik Wywrocki, wikariusz farny i kapelan szpitala przy ul. Szopena. Infułat był znakomitym kaznodzieją. Wtedy w ogóle rzeszowska fara miała szczęście do kaznodziejów. Dla mnie wzorem był ks. Walenty Bal, lubiłem też słuchać słynnego ks. Władysława Kokoszki, choć on mówił dość długo, przez co czasem były spory, bo wtedy w farze Msze św. były co godzinę – parafia miała 30 tysięcy wiernych. Przy długim kazaniu trudno było się wyrobić, a trzeba pamiętać, że to była dłuższa, przedsoborowa liturgia.

A co Księdzu imponowało w kazaniach ks. Bala?

Co imponowało? Wszystko było znakomite. Znakomita dykcja, głos, treść. Przede wszystkim mówił z wnętrza, z serca. Wyczuwało się, że jest przekonany do tego, co mówi. Od razu się chciało robić to, do czego zachęcał i nie robić tego, przed czym przestrzegał. Przed Balem skłaniam siwą głowę.

Czy naśladował go Ksiądz na ambonie?

Co najwyżej próbowałem. To są poważne sprawy, bracie. Na początku seminarium zastanawiałem się, jak można powiedzieć kazanie z pamięci i podziwiałem tylu wspaniałych księży. Pamiętam nawet próbne kazania – na piątym roku korzystałem w książki kardynała Wyszyńskiego pt. „Duch pracy ludzkiej”, a na szóstym roku ks. Franciszek Misiąg, który uczył nas homiletyki, polecił przygotować kazanie na odpust w rodzinnej parafii – ja przygotowałem na uroczystość św. Stanisława Biskupa Męczennika. Pierwsze kazanie na pierwszej parafii w Trzebosi miałem przygotowane in extenso w zeszycie. Wziąłem zeszyt na ambonę, patrzę, pełny kościół, celebrował proboszcz. Nie otworzyłem zeszytu ani wtedy, ani później. Od razu się przełamałem i dziękuję Bogu, że jakoś wyszło, choć cały byłem spocony. Potem już tylko znak krzyża, modlitwa do Ducha Świętego, i zawsze mówiłem bez kartki, z serca.

Jesteśmy jeszcze na Księdza prymicjach. Przed nami procesja, bo to Boże Ciało, i błogosławieństwo.

Była to ostatnia procesja ulicami miasta – później władze komunistyczne zabroniły, można było tylko chodzić wokół kościoła. Szliśmy ulicą Matejki na Rynek, tam był jeden z ołtarzy, a potem ul. Kościuszki z powrotem do kościoła. Potem był na plebani obiad, było 37 księży z dziekanem ks. Franciszkiem Habą, proboszczem w Przybyszówce i rodzice. Reszta rodziny poszła na obiad do domu na Lwowską. Lokator udostępnił nam część mieszkania i tak jakoś się pomieścili, ale nie naraz, cały czas była wymiana, ktoś zjadł, porozmawiał chwilę i wychodził, a przychodzili następni i tak do późnego wieczora.

A kiedy Ksiądz błogosławił i rozdawał obrazki z napisem „Króluj nam Chryste”?

Błogosławieństwo i obrazki były jeszcze przed obiadem. W ogóle to miałem nadzieję na obrazki z Ameryki. Tam mieszkała znaczna część rodziny mamy. Wysłali mi paczkę z ładnymi obrazkami – u nas nie do zdobycia. A nawet jak już były obrazki, to żadna drukarnia nie przyjęła zlecenia – zamawialiśmy pieczątki i sami przybijaliśmy na obrazkach. No i przed święceniami przyszła wiadomość z Gdyni, że na nasz adres są jakieś druki szkodliwe dla Polski Ludowej, i albo będziemy wyjaśniać albo odeślą z powrotem do Ameryki. Mama odpisała, żeby odesłali do Ameryki. Mama w ogóle była dzielną kobietą. Takie zdarzenie. Kiedy zacząłem seminarium tato dostał w pracy zapomogę na mnie – należała się rodzicom studentów.

A gdzie tato pracował?

Jak zamknęli sklep to zatrudnił się w jakiejś firmie handlowej niedaleko dworca PKP. Kiedy się zorientowano, że te studia to seminarium, to odebrali tacie te pieniądze z pensji razem z dużymi odsetkami. Tato by pewnie nic nie mówił, bo nie lubił takich konfrontacji, ale mama poszła do zakładu, nie wiem czy do kierownika, czy do dyrektora, i mówi mu tak: „Radzili mi, żebym do pana nie szła, bo jest pan wyjątkowo nieżyczliwy ludziom, a szczególnie wrogo nastawiony do księży”. On wtedy zamknął drzwi gabinetu i pyta się, kto takie rzeczy o nim rozpowiada.

A te obrazki?

Przyszły do Rzeszowa, ale już długo po prymicjach.

A po prymicjach proza kapłańskiego życia: parafia, wikariat, katecheza…

Nawet miałem już wyjaśnioną kwestię wojska, bo jeszcze przed prymicjami, na 14 czerwca, miałem wezwanie na komisję wojskową. W wojsku pewnie też myśleli, że mam jeszcze rok do święceń, a ja przedstawiłem im zaświadczenie z Kurii Biskupiej, że wtedy i wtedy przyjąłem święcenia kapłańskie. Wszyscy z komisji pooglądali ten druk podpisany przez biskupa Bardę i usłyszałem, że kapelanów w wojsku nie potrzebują.

Pierwsza parafia to wspomniana Trzeboś…

Parafia Opatrzności Bożej z ks. Bolesławem Pniakiem, proboszczem, zmarł w 1973 r. Mieszkałem w budynku obok plebani razem z organistą. Ważną osobą na parafii była gospodyni, która pochodziła z Wydrzy. Pracowita i pobożna kobieta. Pracy było dużo, cała gospodarka, a pamiętam, że akurat w 1961 r. były misje parafialne – nie opuściła ani jednej nauki. Ludzie tam byli bardzo życzliwi, oddani Kościołowi, dobrze się tam czułem. Na początku uczyłem w szkole w Trzebosi i był to jedyny rok, kiedy uczyłem w szkole. Od roku szkolnego 1961/1962 władze całkowicie usunęły religię ze szkół – wcześniej dyrektorzy mogli usunąć religie, ale nie musieli, było różnie. W szkole spotkałem bardzo życzliwą dyrektorkę Tokarską, była krewną ks. infułata Michała Tokarskiego, który był proboszczem rzeszowskiej fary jeszcze przed ks. Stączkiem. Zapamiętałem też nauczyciela Czesława Ożoga. Widziałem go zarówno w szkole, jak i w kościele. Dzisiaj czasem go wspominam z jego synem prof. Kazimierzem Ożogiem. Co najważniejsze, to były lata, kiedy księża trzymali się razem w dekanatach. Nie do pomyślenia było, żeby kogoś nie było na odpustach, spowiedziach, imieninach. Znaliśmy się, rozmawialiśmy ze sobą i szanowaliśmy się nawzajem.

Ile lat był Ksiądz wikarym w Trzebosi?

Po dwóch latach dostałem skierowanie do Rybotycz koło Kalwarii Pacławskiej. Sam dojazd nie był łatwy. Wiadomo, koleją do Przemyśla, a potem nie było żadnego autobusu.

Nie miał Ksiądz samochodu?

A skąd w tamtym czasie samochód? W Trzebosi kupiłem motor – WFM. Jeździłem nim też w Rybotyczach i później, ale tylko latem i jak była ładna pogoda. Najczęściej z Przemyśla do Rybotycz dosiadałem się do samochodu z pocztą. Pierwszy samochód kupiłem w 1972 r.

Jaki?

Škodę.

Jakie wspomnienia ma Ksiądz z Rybotycz?

Podobno kiedyś było to miasto tętniące życiem. Za mnie była to po części opuszczona wieś z rozebraną już cerkwią. Proboszczem był ks. Tadeusz Rajchel. Daj mu, Boże, niebo. Parafia nie była najliczniejsza, ale było dość sporo punktów, gdzie jeździłem z katechezą, m.in. do Huwnik, Kopysna. Wtedy na przełomie 1962 i 1963 roku była zima stulecia. 1 marca patrzę na termometr, a tam minus 32 stopnie. Zaspy były na trzy, cztery metry. Kupiłem sobie wtedy narty, aby po tym śniegu jakoś się poruszać.

Potem jeździł Ksiądz na nartach?

Tak, zakładałem czasem, jak były duże śniegi. Najwięcej jeździłem w Targowiskach. Stamtąd jeździłem do Krościenka Wyżnego odwiedzić kolegę – ks. Józka Wolskiego. Przez tę zimę w Rybotyczach już po roku poprosiłem biskupa o zmianę parafii – to było tylko raz w życiu. Dostałem skierowanie do Łowiec koło Radymna. I znów katecheza w licznych punktach, uczyłem dzieci w Łowcach, Lutkowie, Zamiechowie, Dobkowicach.

A jakim był ksiądz katechetą?

Trzeba by się dzieci spytać. Ale dzieci były wtedy na ogół grzeczne, karne, szanowały księdza. Jak był z kimś problem wystarczyło powiedzieć rodzicom i od razu była poprawa.

Jak długo był Ksiądz w Łowcach?

Chodź nie prosiłem o zmianę byłem tam też tylko rok i w 1964 r. dostałem skierowanie do Targowisk k. Miejsca Piastowego. Pamiętam dokładnie dzień przyjazdu 24 sierpnia, poniedziałek. Do Miejsca Piastowego dojechałem autobusem, a później pieszo przez pola od strony cmentarza i doszedłem do kościoła.

I tak pieszo miał Ksiądz przy sobie wszystkie bagaże?

Wtedy przyjechałem tylko z aplikatą. Później miałem już więcej rzeczy do zabrania, ale też niewiele. I wtedy pierwszy raz idę do kościoła w Targowiskach, a to drewniany, zabytkowy kościół. Pokłoniłem się Panu Jezusowi i potem na plebanię – zamknięta. To poszedłem sprawdzić, czy kogoś tam nie ma w gospodarstwie. Zastałem Apolonię Paczosę, rodzoną siostrę ks. Józefa Miezina, proboszcza – akurat czyściła zboże. Powiedziała, że proboszcz jest na pogrzebie ks. Władysława Findysza, dzisiaj już błogosławionego. Wróciłem do Rzeszowa i mówię ks. Stączkowi, że nie bardzo widzę się w tych Targowiskach.

Dlaczego?

Jakoś tak przestraszyłem się tej gospodarki.

Dlaczego? Czy księża wikarzy pracowali wtedy w polu, przy żniwach, wykopkach?

Ogólnie nie pracowali. Czasami zdarzył się ksiądz, który lubił taką pracę, to sam się angażował. Ale zawsze to był jednak pewien obowiązek, a nie każdy się na tym znał. W Targowiskach akurat w jedne żniwa proboszcz musiał pojechać na leczenie do Krynicy. Pamiętam, jak wychodziłem przed kościół i zatrzymywałem chłopów jadących wozami z litrami, aby pojechali na plebańskie pole. Nie zdarzyło się, żeby ktoś odmówił. I tak te żniwa jakoś doprowadziliśmy do końca.

Czyli Ksiądz wrócił do Targowisk.

Ksiądz Stączek był serdecznym kolegą ks. Miezina i mówi mi, o gospodarce nie myśl, proboszcz to dobry, światły człowiek, będzie ci dobrze. I rzeczywiście ks. Miezin okazał się wspaniałym proboszczem, miał ogromną wiedzę i wyczucie duszpasterskie. Już wtedy, przed Soborem Watykańskim II, głosił kazania na ślubach i pogrzebach?

Przed soborem nie mówiliście kazań ślubnych i pogrzebowych?

Oczywiście, że nie. Msza św. była po łacinie, obrzędy po polsku i tyle. I tutaj ks. Miezin wyprzedził Sobór Watykański – czytał, tłumaczył Pismo św., wyjaśniał – tego się wtedy nie robiło. Proboszcz był też bardzo otwarty na współpracę ze świeckimi. W Targowiskach co roku przygotowywałem jasełka Lucjana Rydla. Wszyscy byli zaangażowani. Frekwencja była ogromna i były wspaniałe przeżycia. Do tej pory dostaję świąteczne życzenia od Heroda, który teraz mieszka w Krośnie.

Czy ks. Miezin komentował jakość sprawę bł. Władysława Findysza?

Nie pamiętam, aby coś mówił o ks. Findyszu. Sam był prześladowany. To było łotrostwo… Urządzali prowokacje. Kiedyś podłożyli broń pod zakrystię, żeby go oskarżyć, oczernić. To był mądry, święty kapłan. Chylę czoło…

W 1966 r. było millenium chrztu Polski. To była rywalizacja między obchodami państwowymi i kościelnymi. Jak to wyglądało w Targowiskach?

Państwo robiło swoje, Kościół swoje. Główne obchody kościelne były 3 maja na Jasnej Górze. W tym dniu w parafiach też były wspaniałe uroczystości według programu kardynała Wyszyńskiego. Ksiądz Miezin, jako wicedziekan dekanatu krośnieńskiego, pojechał na obchody do Miejsca Piastowego, tam też był odpust w kościele Matki Bożej Królowej Polski, a ja zostałem w Targowiskach. To był wtorek, dzień pracujący, bo komuniści znieśli święto – dzieci miały być w szkole i był nacisk władz, aby ich przypilnować. Niektóre uciekły. Dzwony biły przez pół godziny, była Msza św. i potem procesja do czterech ołtarzy, jak w Boże Ciało.

Przez wieś?

Nie można było. Tylko wokół kościoła. Każdy ołtarz miał odpowiednią tematykę związaną z millenium. Wspaniała uroczystość i wspaniała postawa ludzi, którzy mimo utrudnień władz, zastraszeń, nie dali się odciągnąć od Kościoła.

Kolejna parafia to Świlcza.

Tak. Z Targowisk poszedłem do Świlczy. Tam proboszczem był ks. Władysław Aszklar, zmarł w 2013 r. mając prawie 101 lat. Byłem tam dokładnie od 11 lipca 1967 r. do 30 grudnia 1968, czyli 18 miesięcy. Przede wszystkim pamiętam z Świlczy pożar zabytkowego, drewnianego kościoła w nocy z 29 na 30 października 1967 r. Był już nowy, murowany kościół, ale szkoda było tego zabytku pod wezwaniem apostołów Szymona i Judy Tadeusza, który ponad 300 lat służył wiernym.

Mówi Ksiądz, że był w parafii do 30 grudnia. To trochę nietypowa pora na zmianę parafii…

Dobrze żyliśmy z ks. Aszklarem, ale planował wyjazd do Ameryki i miał umówionego zastępcę. Od 30 grudnia 1968 r. byłem już w Brzyskach k. Kołaczyc. To był mój najdłuższy wikariat – byłem tam prawie 6 lat. I może dlatego do tej pory o mnie pamiętają. Mam zaproszenie na 3 maja do Błażkowej, która wtedy należała do parafii w Brzyskach, na 50 lecie pierwszej Mszy św. 3 maja 1971 r.

Ksiądz może odprawiał tę Mszę św.?

Odprawiał proboszcz ks. Władysław Gwoździcki, ja odprawiałem nabożeństwo majowe. To było tak. Byłem w styczniu 1971 r. na nawiedzeniu Matki Bożej w Słocinie. Biskup Tokarczuk mnie zaprosił po Mszy do zakrystii i mówi, że dobrze byłoby w Błażkowej zorganizować jakąś kaplicę. Powiedziałem o rozmowie proboszczowi i zaczęliśmy działać. A w Błażkowej był przed wiekami kościół spalony przez wojska Rakoczego w czasie „potopu szwedzkiego” – zostało po nim kościelisko. 3 maja 1971 r. w domu Heleny Węgrzyn odprawiliśmy Mszę św. – jechaliśmy z prałatem bryczką z końmi. Potem z tego domu powstała kaplica, którą 1 kwietnia 1973 r. poświęcił bp Ignacy Tokarczuk, a potem wybudowano kościół i od 1982 r. jest parafia Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Prałat to był bardzo mądry, wspaniały człowiek, pasjonat historii. Mieliśmy co robić, bo Brzyska były bardzo rozległą parafią. Ja miałem 35 godzin katechezy w tygodniu: poniedziałek – Lipnica, wtorek – Błażkowa, środa – Wróblowa, czwartek – jeszcze raz Błażkowa i piątek – Brzyska. Pamiętam „liber infirmorum” (książkę chorych – T.N.) w jadalni – co roku było wpisanych ok. 180 wyjazdów. A na wizytacji 14 maja 1974 r. w jeden dzień było do bierzmowania 580 dzieci, w niedzielę na sumie 270 – wszystkich bierzmował bp Taborski.

W parafii Brzyska zastały księdza zmiany w liturgii – owoc Soboru Watykańskiego II. Łatwo się było księdzu przyzwyczaić do Mszy w języku polskim i do Mszy twarzą do ludzi.

Pierwszą Mszę posoborową odprawiłem w Ameryce.

A skąd się Ksiądz tam wziął?

1 lipca 1970 r., po zakończeniu roku szkolnego, wsiadłem na statek „Stefan Batory” i przez 11 dni płynęliśmy do Ameryki. Wystarałem się o potrzebne zgody biskupa, paszport, wizę, miałem też pozwolenie podpisane przez kardynała Wyszyńskiego, i popłynąłem odwiedzić krewnych i zobaczyć trochę innego świata.

To mnie Ksiądz zaskoczył…

Po drodze zatrzymaliśmy się w Kopenhadze, Rotterdamie, a później w Londynie. Trochę zwiedziliśmy autokarem Londyn i było jeszcze 50 minut wolnego. Ja i taki ksiądz z diecezji tarnowskiej i jeszcze starsza nauczycielka, chcieliśmy koniecznie zobaczyć katedrę św. Pawła. Wzięliśmy taksówkę i podjechaliśmy może dwa kilometry od parkingu, gdzie był nasz autokar. Mówiliśmy kierowcy, żeby zaczekał, ale nie chciał, mówił, że tu jest dużo taksówek. Jak wyszliśmy z katedry akurat nie było żadnej. Ksiądz z diecezji tarnowskiej powiedział: Biegniemy! Ja za nim, ale nie tak szybko, bo nauczycielka zostawała z tyłu. Straciliśmy tego księdza z oczu, ale jakoś trafiliśmy 5 minut po czasie – nauczycielka ledwo żyła.

Ciekawi mnie ten „Batory”, bo po prostu tego statku już nie ma, a do Ameryki się dzisiaj leci, a nie płynie. Nie dłużyło się wam podczas podróży?

Zupełnie nie. Były organizowane różne zajęcia, prelekcje, dużo grałem w ping ponga. Na dole pokładu była kaplica. Tam odprawialiśmy codziennie Msze św. Było nas na statku w sumie 4 księży. Oprócz mnie był rektor seminarium z Poznania, był ks. Bronisław Dembowski, profesor, później biskup włocławski i wspomniany ksiądz z Tarnowa. Na Msze przychodziło dość dużo ludzi. Na koniec śpiewaliśmy zawsze: „Boże coś Polskę”.

„…pobłogosław Panie” czy „…racz nam wrócić Panie”?

Tego już nie pamiętam. Bardzo utkwił mi natomiast huk fal, jak odmawialiśmy „Pod Twoją obronę…”.

Jakie wrażenie zrobiła na Księdzu Ameryka?

Podróż zakończyła się w Montrealu w Kanadzie. Wpłynęliśmy przez Zatokę św. Wawrzyńca, wcześniej widziałem góry lodowe, na których rozbił się Titanic. W tym Montrealu zrobił się problem, bo nie miał mnie kto odebrać. Specjalnie nie rozgłaszałem, że będę w Ameryce, wysłałem tylko list do krewniaka Gajdy, ale potem okazało się, że był na urlopie i nic nie wiedział. Decyzję trzeba było podejmować szybko. Zdecydowałem, że zabiorę się z tym księdzem z Tarnowa do Detroit. Tam zatrzymałem się u jego rodziny, zaczęliśmy szukać telefonów, dzwonić i przyjechała po mnie ciotka. Tak zaczęło się obwożenie po licznej rodzinie, spotkania, zwiedzanie – dla mnie to był inny świat.

Nie myślał Ksiądz, aby zostać?

Rodzina w Ameryce chciała, abym został, jeden starszy ksiądz proboszcz mnie namawiał. Mówiłem, że obiecałem biskupowi Tokarczukowi, że wrócę, to nie ma o czym mówić.

Pamięta Ksiądz kościół, w którym odprawił pierwszą Mszę posoborową?

Odprawiałem w różnych kościołach w Ameryce. Moja rodzina jest pobożna, to znali parafie, księży, wszędzie mnie wozili, przedstawiali. Pierwszą Mszę po polsku odprawiłem w kościele św. Wojciecha w Elizabeth w New Jersey. Był taki ksiądz Józef Smoleń – jego matka pochodziła z Lutczy, a ojciec z Rymanowa. Razem odprawialiśmy, a potem mnie zapraszał na śniadanie, co u nas w Polsce było normą, a w Ameryce nie mieli takich zwyczajów, dlatego wikarzy się dziwili. Ksiądz Smoleń zorganizował Mszał i pierwszy raz odprawiałem Mszę św. posoborową właśnie tam.

A jak księża w Polsce przyjęli reformę liturgii? Jak ją oceniał proboszcz z Brzysk?

Pamiętam taką rozmowę na plebanii w Przybyszówce podczas spowiedzi, byłem wtedy w Świlczy. Wikariusz z Przybyszówki, ks. Adam Michalski, przeczytał przy obiedzie jedną orację z nowego Mszału. Mszału jeszcze nie było, ale już krążyły przetłumaczone pewne fragmenty. To była jedna, wielka radość, że wreszcie ludzie będą rozumieć. Łacina, owszem, podkreślała jedność, wszyscy na świecie rozumieli „Dominus vobiscum” („Pan z wami” – T.N.), ale dla większości ludzi to był obcy język. Pamiętam, ile się tłumaczyło i komentowało te teksty przed liturgią. Proboszcz w Brzyskach też się cieszył. W moim otoczeniu nie było głosów krytyki reformy.

W 1974 r. pożegnał Ksiądz Brzyska…

Tak. Dzień po Bożym Ciele dostałem telegram, aby przyjechać do Kurii do Przemyśla. Tam czekała na mnie nominacja na proboszcza parafii na osiedlu Nadbrzezie w Sandomierzu. Parafii jeszcze nie było – miałem ją zorganizować. Osiedle należało do parafii w Trześni. Miejsce też szczególne. Wtedy granica między diecezją przemyską i sandomierską przebiegała na Wiśle, i Nadbrzezie, które było częścią Sandomierza, należało do diecezji przemyskiej. Ludzie naturalnie zwracali się w stronę Sandomierza, a ja ich ciągnąłem do Przemyśla.

A gdzie Ksiądz w tym czasie mieszkał?

Wynajmowałem taką letnią kuchnię przy stodole u Mieczysława Łętowskiego przy ul. Powiśle. Mieszkałem tam 11 lat. Wprawdzie proboszcz z Trześni załatwił mi inne mieszkanie, właśnie w Trześni, musiałbym jednak za każdym razem przejeżdżać przez tory – pociągi wtedy jeździły bardzo często, rampa była zamknięta i pół godziny. Powiedziałem, że chce mieszkać między parafianami, a nie być tylko z doskoku.

Nie pytam czy, ale jakie trudności spotkał Ksiądz tworząc parafię?

Najpierw były kary związane z urządzeniem tymczasowej kaplicy. Kupiliśmy dom od babci Kazimiery Siemaszek, usunęliśmy ściany działowe i powstała kaplica. Za wstawienie nowych drzwi dostałem karę tysiąc złotych – na przekazie napisałem: „Dla wsparcia biednej Ojczyzny”. Potem była jeszcze rozprawa za rozbudowę bez zezwolenia – dostałem 4 lata więzienia w zawieszeniu i 40 tysięcy grzywny. W sądach sam się broniłem, przynajmniej miałem wgląd do akt. 1 października 1976 r. odcięto nam prąd – przez 15 miesięcy świeciliśmy w kaplicy lampami gazowymi i świeczkami. W 1977 r. skazano wykonawcę dachu – pan Mieczysław z Tarnowa został skazany przez sąd w Staszowie na 2 lata w zawieszeniu i 20 tysięcy złotych grzywny. Było też kolegium za organizację procesji w Boże Ciało – 4 tysiące złotych. Ogólnie żyło się pod presją, czasy były trudne. Gdy mieliśmy już zorganizowaną tymczasową kaplicę, staraliśmy się o zezwolenie na budowę nowego kościoła. Gdy uzyskaliśmy pozwolenie okazało się, że są problemy z kupnem działek przy tej tymczasowej kaplicy. Umówiłem się już na początku z sąsiadami na kupno, ale jak przyszło co do czego, niektórzy przedstawili ceny zaporowe. Zacząłem się rozglądać za inną lokalizacją. Pasował nam teren, gdzie było pięciu właścicieli, ale jeden z nich za żadną cenę nie chciał pozbyć się gruntów. I wtedy byłem u sióstr zakonnych na Mickiewicza 7 w Sandomierzu kupić komunikanty. Jedna z sióstr zapytała, co słychać, to mówię, że nie mam gdzie zbudować kościoła. Okazało się, że siostry mają dużą działkę w okolicach Cmentarza Żołnierzy Radzieckich. Było to bardzo atrakcyjne miejsce dla wspomnianego właściciela działki, bo w pobliżu mieszkał. W sumie siostry przekazały nam 27 arów i tak mogliśmy sfinalizować kupno. Do tej pory piszę do sióstr życzenia na święta wdzięczny za tę darowiznę.

I ruszyła budowa.

W kwietniu 1983 r. zaczęliśmy budowę plebani i już 12 października 1985 r., w sobotę wieczorem, wszedłem z krzyżem w ręce do środka. Kościół zaczęliśmy budować w 1984. Budowę kościoła zakończono w 1993 r. – taką się podaje datę, choć nie wszystko było gotowe. Jak po latach o tym mówię, to wydaje się to dość proste, ale tak, jak wszyscy księża budujący wtedy kościoły, mieliśmy pod górkę. Nic nie można było kupić. Pisałem o materiał na wszystkie ściany – dostałem tylko na jedną, pisałem o blachę na cały dach – dostałem kilka arkuszy, i to jeszcze wyznaczali odbiór w różnych dalekich punktach. Często też przesuwali i tak odległy termin odbioru różnych materiałów. Ale w końcu się udało i 24 października 1999 r. bp Wacław Świerzawski konsekrował kościół.

Biskup Świerzawski, biskup sandomierski, bo w międzyczasie zmieniły się granice diecezji i Nadbrzezie należało już do diecezji sandomierskiej.

A tak, tak, to ważne wydarzenie. W 1992 r. powstały nowe diecezje, m.in. diecezja rzeszowska i nowe granice między diecezjami. Prawa strona Wisły znalazła się również na terenie diecezji sandomierskiej.

Wielu księżom w tym czasie trudno było się pogodzić ze zmianą diecezji.

Boże drogi… Decyzja Ojca Świętego. Nie ma co podskakiwać.

I można by powiedzieć, że żyli długo i szczęśliwie, gdyby nie dzień 19 maja 2010 r.

18 maja byłem w Przemyślu na pogrzebie naszego ojca duchownego z seminarium, ks. Jana Jakubczyka, miał 94 lata. Daj mu, Boże, niebo. Jechałem z ks. Edziem Franuszkiewiczem z Rudnika, to kolega z roku. Wracając odwiedziliśmy ks. Kazia w Świętym i ks. Jasia w Sarzynie. Rozmawialiśmy też o wysokiej wodzie w Wiśle. Podobnie jak wróciłem na plebanię koło 21.00 zapytałem wikarego, co tam mówią w telewizji. Uspokoił mnie mówiąc, że wszystko jest w porządku. Rano, 20 minut po 6.00, zszedłem na dół, gospodyni już była, powiedziałem, że nie będę na śniadaniu, że jadę do Woli Rzeczyckiej na Mszę św. za mamę bp. Edwarda Frankowskiego w rocznicę śmierci. Po Mszy św. ks. Marcin Hejman, krajan, zaprosił nas na śniadanie. Przy stole rozmawialiśmy trochę o Wiśle. Biskup mówił, że stan jest wysoki, ale, że przecież w 1991 r. podwyższyli wały w kierunku Gorzyc, to woda powinna nas minąć. Po śniadaniu wracam do domu, to niewiele ponad 20 km. Koło Trześni zatrzymuje mnie policja, mówiąc, że jest niebezpieczeństwo w Sandomierzu, ale pozwalają jechać dalej. Dojechałem do torów, a tu przez tory przelewa się woda. Boże, ratuj! Wróciłem się do Trześni i poszedłem tam na plebanię. Poszliśmy z proboszczem piechotą w okolice pierwszego wału. Akurat przywieźli z Rzeszowa amfibię, podszedłem tam i pytam, czy mi pomogą jakoś dostać się na plebanię. Powiedzieli, że płyną na ratunek hucie. Jak tak, to mówię, jedźcie na szczęśliwą godzinę. W Nadbrzeziu na plebani została gospodyni i jeden wikary, drugi ksiądz jeszcze rano wyjechał. Dopiero na drugi dzień zabrano łodzią gospodynię i księdza z piętra plebani, woda tam była na cztery, pięć metrów. Mi też udało się zrobić kurs łodzią koło kościoła. Widok był przykry. Przez trzy dni mieszkałem u dziekana w Gorzycach. Codziennie jeździłem do Sandomierza – w Domu Kultury odprawialiśmy parafialne Msze. Później mieszkałem w takim domu administracyjnym przy hucie szkła. Pierwszą Mszę św. w kościele parafialnym odprawiliśmy na Narodzenie Jana Chrzciciela – 24 czerwca. Msza była w górnym kościele, dolny był bardzo zniszczony.

Jakie były straty?

Poważne. Cały dolny kościół był zalany. Jak była woda to w kościele było pełno ryb. Zalany był parter plebani, akurat tam była kancelaria, zniszczone dokumenty parafialne i moje osobiste – wszystko poszło do Gdańska. Mój serdeczny przyjaciel, ks. Zygmunt Wawrzyszko, proboszcz w Ślęzakach, mówił: „Jasiu, w tej sytuacji zrezygnuj z probostwa”. Mówię mu: „A co to za kapitan, który ucieka z tonącego statku”. Zostało mi do emerytury jeszcze dwa lata. Zostałem w parafii i dzięki Bogu udało się wszystko jakość posprzątać i wyremontować.

Ksiądz Stanisław Mac, kolega Księdza, po przejściu na emeryturę chwalił sobie ten czas, mówiąc, że ma mniej trosk i może się więcej modlić. Jak Ksiądz przeżył moment pożegnania z parafią i przejścia na emeryturę?

Powiem tak, bez żalu i ale i bez entuzjazmu. Wydaje mi się, że przyjąłem to tak normalnie. Cieszyłem się, że udało się nam uporządkować kościół po powodzi. Taka kolej rzeczy i już.

Jako emeryt przeprowadził się Ksiądz do Rzeszowa.

Czekało na mnie mieszkanie po rodzicach, tato zmarł w 1981 r., a mama w 1995 r. W Sandomierzu niektórzy z parafii namawiali mnie na zostanie. Mówiłem: „Daj wam Boże zdrowie, idę do Rzeszowa”. Różnie bywa w relacjach nowego i starego proboszcza. Jest różnica wieku, poglądów, inna wrażliwość i nie zawsze się to dobrze ułoży.

W wierszu pewnego duchownego poety, podmiot liryczny, którym jest ksiądz, martwi się komu przekaże po śmierci zdjęcia, książki, oszczędności… Jakie zmartwienia ma ks. Jan Młynarczyk w 84. roku życia?

Zacząłbym od tego, żeby nie za dużo gromadzić. Wiadomo, że nic nie weźmiemy ze sobą. Warto się dzielić czy rozdawać pewne rzeczy jeszcze za życia. Ja się raczej nie martwię o zdjęcia czy oszczędności, choć zdjęcia radzę dokładnie podpisywać, kto, gdzie, kiedy.

Chyba, że się ma taką pamięć jak Ksiądz?

Dzisiaj jest, a jutro może jej nie być. Bardziej się martwię, że wiara zanika w narodzie. Taki przykład, niedawno pochowałem najmłodszego brata. Przed śmiercią pojednał się z Bogiem, przyjął Komunię św. Pilnowałem, żeby na klepsydrze było napisane: „Zmarł zaopatrzony sakramentami”. Teraz mało kto tak pisze. Niby drobiazg, ale to pokazuje, jak patrzymy na życie, czy jest pamięć o Bogu.

Jest takie powiedzenie, przysłowie: „Czego się Jaś nie nauczył, tego Jan nie będzie umiał”. Gdyby Ksiądz mógł cofnąć się w przeszłość, czasów młodości, czy później, czy coś zrobiłby Ksiądz inaczej, niekoniecznie mówię o nauce, ale pewnych decyzjach, które potem wpływały na przyszłość.

Specjalnie sobie nic nie wyrzucam. Może dlatego, że miałem taką zasadę, iż trzymam się wytycznych przełożonych, biskupa, papieża. Interesowałem się, co powiedział kiedyś kardynał Wyszyński, czy biskup Tokarczuk. Czytałem różne opracowania z diecezji, z episkopatu. To było dla mnie ważne i myślę, że pomogło mi podejmować właściwe decyzje. Od 1980 r., przez dwa lata, w każdy wtorek jeździłem na wykłady na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Nie dla stopni naukowych, ale aby być na bieżąco. Magisterium obroniłem dużo później.

Tego nie wiedziałem. Kiedy?

W 2009 r. na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Czyli miał Ksiądz 72 lata. Całkiem sporo jak na studenta. Co to była za praca?

Napisałem o tym, co sam przeżyłem, co tworzyłem, czyli o duszpasterstwie w parafii Matki Bożej Królowej Polski w Sandomierzu.

„Miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt” – to z Psalmu 90. Ksiądz przeżywa 84. rok życia. Nigdy nie pytałem o to nikogo wcześniej, a w przypadku Księdza mam śmiałość, bo często sam Ksiądz mówi o śmierci, najczęściej księży, z takim szacunkiem, ale też zaufaniem. Czy myśli Ksiądz o swojej śmierci?

Myślę o śmierci. Pewnie, że myślę. Mówią, że to jedyna pewna rzecz. Nie ma żartów. Tym bardziej, że pochowałem tylu kolegów. Trzeba o śmierci rozmawiać, trzeba modlić się o dobrą śmierć. Jest jak w tym Psalmie: „lata szybko mijają, my zaś odlatujemy”. Mile byłem zaskoczony, jak byłem w lutym na pogrzebie w Sandomierzu w byłej parafii i proboszcz mnie zapytał, gdzie chciałbym leżeć po śmierci.

I co Ksiądz odpowiedział?

Najchętniej z rodzicami, na Cmentarzu Wilkowyja w Rzeszowie.

Czy przygotowuje się Ksiądz do śmierci?

W zasadzie od urodzenia. Wszystko co robię, moje pacierze, sakramenty, Msze św., każda służba, mam nadzieję, zbliżają mnie do spotkania z Bogiem. Tak wierzę. Boże, bądź miłościw mnie, grzesznemu.

A jakie ma Ksiądz plany na jurto?

Jak codziennie. Wstaję między 6.00 a 7.00, modlę się, odmawiam jutrznię, godzinę czytań…

Ma Ksiądz jakieś szczególne intencje podczas modlitwy?

Modlę się w sprawach kościelnych, narodowych, osobistych. O wytrwanie w dobrym do końca, o zdrowie, abym był jako tako sprawny, abym nie był utrapieniem dla nikogo, o dobrą śmierć. Modlę się za Ojca Świętego, biskupów, kapłanów, o nowe powołania. Za cały naród, o odpowiedzialność za Polskę, abyśmy trzymali się zasad wiary, przykazań – to jest warunek być, albo nie być, warunek pomyślności doczesnej i wiecznej.

Co po modlitwie?

Dalej modlitwa. Idę na 8.00 na Mszę św. do saletynów, potem jem z nimi śniadanie. Jak wrócę czytam „Nasz dziennik” i może jeszcze coś innego. Ale często jeżdżę tu i tam, mam jeszcze kilku kolegów z rocznika, innych znajomych księży, liczną rodzinę, to ich odwiedzam. Wczoraj byłem u dominikanów w Borku Starym na Mszy św. w rocznicę śmierci wujka – jego żona to rodzona siostra taty. Pilnuję tych wszystkich więzi rodzinnych. Obiady od niedawna jem u saletynów, wcześniej stołowałem się w barze przy Wojewódzkiej Komendzie Policji. Wieczorem oglądam wiadomości i obowiązkowo „Apel Jasnogórski” w Telewizji „Trwam”. I na koniec „Teraz, o Panie, pozwól odejść swemu słudze w pokoju”. Wszystko jest w rękach Boga.

Dziękuję za rozmowę.

PS
Ksiądz Jan Młynarczyk nie był entuzjastą tej rozmowy. Zanim się zgodził, długo pytał czemu ma to służyć; mówił, że nie widzi sensu takiej prezentacji swojej osoby. Dziękuję ks. Władysławowi Jagustynowi, proboszczowi parafii św. Krzyża w Rzeszowie, który przekonywał ks. Jana, że dzięki rozmowie ocali się część historii.

Ks. Jan Młynaczyk – urodził się 6 października 1937 r. z Gwoździance k. Niebylca. W 1953 r. razem z rodzicami przeprowadził się do Rzeszowa. Po maturze w 1954 r. wstąpił do seminarium duchownego w Przemyślu, gdzie 12 czerwca 1960 r. przyjął święcenia kapłańskie. Jako wikariusz pracował w Trzebosi, Rybotyczach, Łowcach, Targowiskach, Świlczy i Brzyskach. W 1974 r. został mianowany pierwszym proboszczem parafii Matki Bożej Królowej Polski i św. Jana Kantego na osiedlu Nadbrzezie w Sandomierzu. Na terenie parafii wybudował kościół i plebanię. W 1992 r., po zmianach granic diecezji, został księdzem diecezji sandomierskiej. Po przejściu na emeryturę w 2012 r. zamieszkał w Rzeszowie. Otrzymał godność Expositorium Canonicale, Rochettum et Mantolettum i Kapelana Honorowego Ojca Świętego. Jest kanonikiem Kapituły Kolegiackiej w Opatowie.

Rozmowę przeprowadzono 12 kwietnia 2021 r. Ostateczną wersję autoryzowano 5 maja 2021 r. Zdjęcia: Tomasz Nowak

Udostępnij